wtorek, 28 stycznia 2014

Warsztaty fotograficzne dla blogerów wnętrzarskich

Powinnam właściwie zatytułować ten post "Moja wyprawa na warsztaty fotograficzne". Bo chyba można tak nazwać "wypad" do Warszawy, kiedy podróż w obie strony trwa dwa razy więcej niż samo spotkanie. Ale warto było, warto... I nawet to, że spóźniłam się pięć minut na powrotny autobus, że musiałam czekać półtorej godziny na kolejny, że stawiając ostatnie kroki do mieszkania mało miałam czucia w stopach od tego mrozu... to wszystko nie było w stanie popsuć mi humoru i nie sprawiło, że choćbym przez minute pomyślała "że też mi się chciało tam pchać..." Nie, moi drodzy, wręcz przeciwnie. To było takie dobre spotkanie, w tak świetnej atmosferze, z takimi wspaniałymi ludźmi, że już od momentu, kiedy stamtąd wyszłam, zaczęłam myśleć o tym, że już chcę je powtórzyć. To moje pierwsze spotkanie z innymi blogerami, więc zrozumcie moje zachwyty. Najpierw bywa się u kogoś w domu (ja przynajmniej tak się czuję odwiedzając wnętrzarskie blogi), wymienia komentarze czy maile, żeby w końcu się spotkać po raz pierwszy twarzą w twarz i przywitać, jakby się znało od dawna. Mam ciągle niedosyt rozmów, bo czasu jednak dużo nie było ze względu na warsztaty (świetne warsztaty!) i to, że musiałam wyjść wcześniej, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze niejedna okazja na to, żeby się nagadać :)

Nasza sobotnia ekipa. Jak to skomentował Wojtek Łazarowicz: "towarzystwo nieliczne, ale śliczne"

Od lewej u góry: Dominika, Tynka, Anicja, Magda, Piotr, Jacek (za nimi), Justyna, Dagmara i Ola, Marta, nasi gospodarze Filip i Kasia,
na dole: Lu, Ola i ja

fot. Wojtek Łazarowicz

Spotkanie odbyło się w showroomie FormaZone, gdzie bardzo serdecznie nas przyjęto. Kasia i Filip krótko opowiedzieli o swoim sklepie, o markach, które odkryli i z którymi współpracują, a następnie razem z nami wysłuchali prezentacji Wojtka Łazarowicza, który został zaproszony, aby podzielić się z nami swoją wiedzą i przekazać sporo cennych wskazówek. Wojtek zwracał uwagę na wiele istotnych kwestii, których byłam do tej pory mniej lub bardziej świadoma. Po prezentacji na konkretnych przykładach jestem teraz zdecydowanie bardziej wyczulona na niektóre kwestie, co nie znaczy, że tak łatwo od razu było przekuć teorię na praktykę. Chyba po prostu trudniej mi robić zdjęcia gdzieś indziej niż u siebie, gdzie dobrze znam wszystkie kąty i przedmioty, a pomysły na zdjęcia i aranżacje przychodzą same nie wiadomo kiedy. Wy też tak macie?

 Dagmara, Marta i Lu w akcji... a Piotr nadzoruje przebieg warsztatów ;)

A poniżej kilka moich warsztatowych ujęć. Myślę jednak, że potrzeba mi jeszcze trochę czasu i praktyki, żeby oswoić się z wszystkimi wskazówkami i dobrze zastosować je w praktyce. A to już będę robić na co dzień w domowych pieleszach :)




  






Mam nadzieję, że następne spotkanie już niedługo (Piotrze, są już jakieś plany?) i że będę mogła na nie przyjechać. Serdecznie pozdrawiam wszystkich, z którymi miałam okazję się spotkać w sobotę i mam nadzieję, że następnym razem będzie nas jeszcze więcej.



poniedziałek, 20 stycznia 2014

Historia jednego krzesełka

Tytuł jest trochę zwodniczy, bo za wiele tej historii nie będzie. Ja wiem tylko tyle, że krzesełko jest w rodzinie Męża od około 30 lat, było już żółte i czerwone, a ostatnie lata spędziło samotnie na strychu. I pewnie stałoby tam nadal, gdyby pewnego dnia nie zaświtał mi pomysł, że zamiast kupować plastikowego krzesełka do karmienia, możemy odnowić sobie jakieś drewniane, pomalować na "nasz" kolor, tak żeby nie tylko było praktycznym meblem, ale pasowało też do wnętrza. Nie wiedziałam nawet, że na strychu czeka sobie spokojnie takie cudo...





I tak po żmudnym zdzieraniu farby, dwukrotnym malowaniu i skręceniu wszystkich części mamy krzesełko, które bardzo dobrze pełni swoją rolę, a przy tym wnosi trochę koloru do naszego mieszkania i po prostu cieszy oczy :)

Niestety farba troszeczkę się ściera (co widać na drugim zdjęciu), bo jednak krzesełko trzeba często i porządnie czyścić z resztek obiadu. Ale mamy je od maja (i dopiero teraz przypomniałam sobie, że go jeszcze tutaj nie pokazywałam ;) i poza tymi miejscami, gdzie przebija trochę czerwona warstwa, reszta trzyma się dobrze. Na wiosnę pewnie pomalujemy je jeszcze raz i tym razem nałożymy więcej warstw. Teraz już mamy szlifierkę, więc ścieranie farby pójdzie raz-dwa. 

środa, 15 stycznia 2014

Moja miętowa drabina

Zdobyłam wymarzoną drabinę. Z tym, że nie służy do wspinania (choć nie próbowałam), a do wyglądania. Piękna drabina-półka, w idealnym miętowym kolorze, wprost stworzona do ekspozycji moich latarenek, pastelowych świeczników i wiosennych kwiatów.



I co? I klops! Bo nie mam jej gdzie postawić. Tu na zdjęciu stoi kosztem odsuniętego w głąb kuchni stołu i niestety na co dzień takie rozwiązanie jest totalnie niefunkcjonalne. Kiedy przywieźliśmy drabinę do domu, obeszłam z nią wszystkie kąty przestawiając i kombinując z innymi meblami. Wprawdzie znalazły się trzy miejsca, gdzie na siłę by się zmieściła... ale jakoś nie najlepiej wygląda ściśnięta między innymi meblami. Także moja miętowa drabina, ogołocona ze swoich trzech przykręcanych półeczek (które od czasu do czasu służą za tace, jak tutaj) stanęła w końcu pokornie w przedpokoju. I będąc obecnie podręcznym wieszakiem na szale czeka spokojnie na swój czas w jakimś nowym miejscu gdzieś indziej...

(... A od czasu do czasu towarzyszy mi i moim swetrowym zwierzakom na targach i kiermaszach :)

fot. Paulina Teter - Studio Pozytywne

czwartek, 9 stycznia 2014

Ciągle świętujemy

"Musztarda po obiedzie" powiecie. Może i dla kogoś tak, dla nas nie. Pisałam już tutaj o tym, jak świętujemy aż do 2. lutego. I do wtedy choinka będzie dumnie stała w salonie, chyba że wcześniej opadną jej wszystkie igły za sprawą naszego synka. Kuba upodobał sobie zdejmowanie ozdób z drzewka, w związku z czym dolne gałęzie są już całkiem ogołocone z ozdób. Jednak chyba łyse gałęzie mu się za bardzo nie podobają, bo często próbuje kłaść na nich kredki. Taki młody dekorator mi rośnie :)

Wracając do tematu świętowania, mamy swoją własną tradycję. Od dwóch lat w święto Trzech Króli organizujemy u nas wielkie kolędowanie i zapraszamy na nie nasze rodzeństwo i przyjaciół. Jest gwarno, ciasno i bardzo radośnie :) Kilka ostatnich zdjęć jest właśnie z tego dnia.

Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do zajrzenia w nasze świąteczne cztery kąty.
























Kolędowanie na całego... Na zdjęciach udało mi się uchwycić tylko połowę uczestników :)



 

A to szwagier, który bardzo chciał zaistnieć na moim blogu :) Jakby ktoś potrzebował przebrania na jakiś bal karnawałowy, to służę rekwizytami.

A teraz trochę, że tak powiem, backstage'a z prowadzenia bloga czyli samo życie.

Dwuletnie pierniczki z choinki po spotkaniu z Kubusiem...

... a tu młody dekorator we własnej osobie (i w akcji). Tak właśnie wygląda robienie zdjęć, kiedy nie zdążę w czasie drzemki synka.

PS. Zapominałabym o czymś bardzo ważnym. W losowaniu nagród w konkursie Gu i Nordic Decoration szczęście miała Joanna Dikl. Gratuluję i proszę o maila z danymi do wysyłki.