środa, 29 lipca 2015

DIY: girlanda ze świeżych kwiatów

Pamiętacie jak pisałam o tym, że na przyjęcie z okazji chrztu nie zdążyłam zrealizować wszystkich moich pomysłów? Cóż, czasem można zrobić też sobie dekoracje zupełnie bez okazji... Zwłaszcza kiedy:
a) od dawna planujesz zrealizować jakiś pomysł i nigdy nie ma ku temu okazji
b) masz w mieszkaniu mnóstwo kwiatów, które lada dzień zaczną więdnąć i chcesz im dać nowe życie choćby na jeden dzień
c) wyjątkowo masz w domu pomocną dłoń w postaci mamy/ siostry/ babci itd. która zajmie się dziećmi na czas Twojego florystyczno-dekoratorskiego wyzwania.

Do wykonania kwietnej girlandy potrzebne są tylko goździki, igła, nożyczki i cienki sznurek bądź nitka. Dobrze wyglądają zarówno zwisające w dół sznury kwiatów, jak i girlandy podwieszone pod sufitem czy na ścianie. Myślę sobie, że to całkiem fajna dekoracja np. na ślub, prawda?








 

wtorek, 21 lipca 2015

Odpowiednia oprawa

Ważne wydarzenia wymagają odpowiedniej oprawy. A kiedy tym wydarzeniem jest chrzest najmłodszego członka rodziny... można się spodziewać, że będę działać twórczo, aby nadać naszemu mieszkaniu odpowiedni charakter na czas radosnego świętowania z całą rodziną.

I choć nie zrealizowałam pewnie ani połowy moich pomysłów, na zrobienie zdjęć gotowego stołu z dekoracjami i deserami miałam 5 minut (słownie: pięć), w trakcie których zaraz po postawieniu tortu na stół spadły wprost na niego wszystkie pompony i kule (co do jednej)... nic się nie stało. Piszę to, bo wiem, że wśród Was jest dużo takich samych perfekcjonistek, które tak jak ja mają tendencję do zbytniego przejmowania się takimi, jakby to nie było, błahymi rzeczami. Normalnie byłabym cała poddenerwowana, a tak... przykleiłam mniej pomponów, wytarłam z kremu, resztę zdjęć zostawiłam na następny dzień i spokojnie świętowałam ten ważny dla nas dzień. Co to podwójne macierzyństwo ze mną robi?











Pomysłów miałam aż nadto. Za to czasu przy brykającym trzylatku i wymagającym dwumiesięczniaku tyle co nic. Udało mi się jednak jakoś poskładać do kupy te wolne chwile i zrobić w tym czasie choć część dekoracji z mojej listy pomysłów: girlandę z rozet (wachlarzy) na miętowej wstążce i kilka pomponów z bibuły (w tym trzy w wersji cieniowanej). Resztę dopełniły zakupione w internecie kule honeycomb oraz całe naręcze kwiatów, które przywiózł rano Mąż z giełdy kwiatowej. Jeśli chodzi o kule - bardzo je polecam, bo nie dość, że można je dostać w internecie w świetnej cenie (od ok. 1,50 do 2 zł za sztukę), to jeszcze są praktyczne do przechowywania wystarczy odkleić taśmę samoprzylepną na jednym boku i złożyć na płasko aż do następnej okazji.
Kolorystyka dekoracji nie jest zaskoczeniem (wyszło w sumie całkiem podobnie jak przy okazji chrztu Kuby). Po raz kolejny przekonałam się, że konsekwencja kolorystyczna to jest to! Wystarczyło, że przyszedł mi do głowy pomysł na dekoracje w odcieniach niebieskiego, turkusu, mięty i białego, a zaraz z jednej szuflady powyciągałam wszystkie wazoniki, a z kuchni naczynia w tych właśnie kolorach. Viola! Zastawa w komplecie. A teraz właśnie zorientowałam się, że znaczną większość tych rzeczy stanowią prezenty od bliskich - więc chyba nie jest tak trudno zrobić mi trafiony prezent. 

Gdyby ktoś z Was szukał tu nie tylko dekoracyjnych, a także kulinarnych inspiracji (a przecież to bardzo ważna część każdego przyjęcia), podzielę się tym, co sama przygotowałam.

Tort czekoladowo-borówkowy taki, jakie lubię najbardziej lekki i ze świeżymi owocami sezonowymi. Rekomendacją może być to, że mój Teść, który jakoś specjalnie za słodkimi rzeczami nie szaleje, tym razem sam poprosił o dokładkę. Aha, borówki nie są elementem przypadkowym, zauważcie, że też pasują do kolorów przewodnich ;)


Cake popsy jeśli wcześniej upieczecie ciasto, które jest bazą do cake popsów, przygotowanie ich nie zajmie jakoś strasznie długo. Bardzo polecam ten deser nie tylko efektownie wygląda (można poszaleć z kolorowymi papierowymi słomkami), ale jest pyszny potwierdzili to wszyscy nasi goście w wieku od 3 do 80 lat.

Owocowe deserki mój autorski deser z przypadku. Pomyślcie, że w ostatniej chwili znajdujecie w domu wolne papilotki akurat w kolorach przewodnich przyjęcia i nie chce Wam się już piec muffinek. W dodatku myślicie sobie, że już słodkości byłoby ciut za dużo i przydałoby się coś małego i orzeźwiającego "do chapnięcia"... Deser powstał więc z tego, co było pod ręką. A że poza owocami miałam też gotową galaretkę do tortu i resztę ciasta czekoladowego na cake popsy, to do papilotek trafiły: pokrojone w kosteczki ciacho, kosteczki galaretki, borówki pozostałe po dekoracji tortu, maliny i czereśnie. Polecam nieskromnie powiem, że to też był hit.


Na koniec to, co najważniejsze. Mamy nowego chrześcijanina!
 




 
 PS. Muszę się jeszcze pochwalić jednym z prezentów, jakie dostał Franek oto dąb Franciszek zasadzony w dzień narodzin naszego synka.

poniedziałek, 13 lipca 2015

"Moje Mieszkanie", ja i moje swetrzaki

Jestem, wracam! Powrót na łono bloga rozpocznę od nadrobienia zaległości. Dość dużych, bo kilkutygodniowych i związanych z pewną publikacją w prasie, na którą część z Was już się może natknęła. Magazyn, o którym mówię to numer specjalny "Mojego Mieszkania" - "Najpiękniejsze Dekoracje Domu" i jego wiosenno-letnie wydanie. Całe szczęście, że artykuł o mnie ukazał się akurat w tym piśmie, bo dzięki temu mój dzisiejszy post jest jeszcze (w miarę) aktualny - przynajmniej do jesieni, kiedy ukaże się nowy numer.


Rubryka, w której ukazał się artykuł to "Kobieta z pasją", więc traktuje głównie o tym, co tworzę (choć blog też zrodził się z pasji i jakoś między słowami chciałam go przemycić w tym artykule). Sesja zdjęciowa nie była więc typowo wnętrzarska, tylko skupiała się na moich poduszkach i ozdobach, a samo mieszkanie pełniło właściwie niejako rolę tła. Stąd niektóre ujęcia przestawiające prawdziwe kocio-sowie oblężenie. Wierzcie mi, normalnie nie obkładam się tak swoimi poduszkami.
Oglądając ten materiał w papierowej wersji czułam się trochę jakbym odbywała podróż w czasie - sesja zdjęciowa odbyła się dobrych kilka miesięcy wcześniej, bo w październiku i co by nie mówić, dużo się przez ten czas zmieniło. Począwszy ode mnie samej - na zdjęciach ani śladu brzucha, a tymczasem kupując gazetę w kiosku byłam już ponad tydzień po terminie porodu i już bardzo zniecierpliwiona czekałam na narodziny Franka. Pomimo tego, że nie robiliśmy jakiegoś dużego remontu, samo mieszkanie wygląda już trochę inaczej (na czele z sypialnią i kącikiem Kuby) i powoli będę Wam je trochę pokazywać.
A co do samej sesji zdjęciowej... jak się pewnie domyślacie, prawie skakałam z radości jak dostałam propozycję wystąpienia na łamach magazynu. To wspaniałe wyróżnienie, no i świetna okazja do tego, żeby podejrzeć profesjonalistów przy pracy. Dacie wiarę, że zrobienie tych kilkunastu ujęć (i ani jednego więcej) zajęło cały dzień (a w ciemny październikowy dzień był to prawie wyścig z czasem)?




Na koniec dziękuję za wszystkie miłe słowa od tych z Was, którzy już widzieli artyku.
Na bloga wracam już na dobre, przynajmniej taki mam plan. Tęskniliście? ;) Bo ja tak! Mam już za dużo pomysłów za posty, żeby dalej milczeć. Do zobaczenia!
Gu