Na urodziny - książka, pod choinkę - książka, bez okazji - książka. O ile w kwestii zabawek staramy się nie zwariować i nie dać zawalić pokoju chłopców toną gadżetów, o tyle w kwestii książek mamy ciut mniej umiaru. Ostatnimi laty tyczy się to szczególnie książek dla dzieci, które uwielbiamy czytać i wyszukiwać, a już najbardziej patrzeć jaki wpływ ma to na naszych chłopców, którzy nieraz trafiając do pokoju kolegów idą najpierw do regału z książkami. Piszę to wszystko w liczbie mnogiej, choć głównym odpowiedzialnym za nasze książkowe odkrycia dla chłopców jest mój Mąż. Nieraz spędza wieczory wertując blogi, śledząc nowości wydawnicze, zapisując sobie co ciekawsze pozycje, żeby później przy okazji - lub właśnie bez żadnej okazji - wyciągnąć z szafy jakąś nową książkę, która z miejsca staje się najulubieńszą lekturą miesiąca. Dlatego też zupełnie spontanicznie K. stał się współautorem dzisiejszego wpisu i kilka opisów książek napisał od siebie. Wprawdzie wyboru naszych naj-naj książek dokonałam już dobrych kilka miesięcy temu (i dlatego na zdjęciach Franek jest ubrany dość nieadekwatnie do obecnej pogody), ale okazało się, że zupełnie niezależnie od tego nasze wybory pokryły się prawie w 90 %. Jest to zaledwie cząstka tego, co lubimy czytać, ale starałam się wybrać te trochę mniej znane pozycje. Mam nadzieję, że wyniesiecie z tego wpisu coś dla siebie i Waszych dzieci.
Gdybym miała wymienić swoje największe błędy w meblowaniu mieszkania, na pierwszym miejscu bez zająknięcia powiedziałabym: nigdy więcej stołu w okleinie. Wierzcie mi, kombinacja: okleina + dwójka dzieci + szorowanie blatu dziesięć razy dziennie naprawdę nie prowadzi do dobrego finału. Sama się dziwię, że wytrzymałam z naszym poprzednim stołem tak długo, biorąc pod uwagę to, jak wyglądał (okleina starta do białości w miejscach, przy których siedzieli chłopcy itd.). Ratowały mnie już tylko obrusy i byłam gotowa prać je nawet codziennie, byle tylko nie patrzeć na ten zdarty do białości blat (wiem, niezła desperacja!). Długo szukałam odpowiedniego zamiennika i koniec końców załatwiłam to po mojemu - pomysłem i umiejętnym szperaniem na OLX.
Zgodnie z obietnicą wracam z drugim odcinkiem serii o lampach, na które natknęłam się przeszukując internety. Teoretycznie powinnam właśnie wybierać miski sedesowe i armaturę, ale umówmy się - lampy są o wiele ciekawsze i dużo fajniej to właśnie na ich przeglądanie trwonić cenny czas. Dzisiaj na tapecie kinkiety i listwy oświetleniowe, a zgodnie z niepisaną tradycją zacznę od tych pięknych ciemno turkusowych kinkietów... zgadniecie skąd?

Kiedy tylko ktoś ze znajomych zadaje pytanie, które słyszę ostatnio średnio dwadzieścia razy na tydzień (zgadliście - to oczywiście: "Jak tam budowa?"), o samych postępach w pracach mówię w telegraficznym skrócie (mamy instalacje - mamy tynki - podłogówka położona - czekamy na wylewki), ale o tym co już wyszperałam i upolowałam do domu mogę gadać godzinami. Zwłaszcza że nieraz historie czy to samych mebli czy tego jak do mnie trafiły bywają ciekawe...



