A biorąc pod uwagę to, jak długo zbierałam się do opublikowania tego posta i ile razy o tym mówiłam, to chyba nie bajka, a raczej legenda. Legenda o tym, jak Gu wesele swojej siostry dekorowała.
Ten post, jak dobre wino, musiał dojrzeć. Za kilka tygodni pierwsza rocznica ślubu (sic!) i wesela, które pomagałam przygotować siostrze. Chciałam duży nacisk położyć na słowie "pomagałam", bo głównymi odpowiedzialnymi za koncepcję wystroju są sami narzeczeni (ja byłam ich ciałem doradczym i podpowiedziałam to i owo) a wszystko to, co zaraz zobaczycie, jest efektem wspólnej pracy i życzliwości naprawdę wielu osób: m.in. moich rodziców, brata, kuzynki, babci, cioci, sąsiadki i znajomych. Skąd tak wielkie zaangażowanie? Sala, którą mieliśmy do dyspozycji była, krótko mówiąc, wymagająca. Wiecie, to nie typ przestrzeni rodem z Pinteresta, która sama w sobie jest piękna i nie potrzebuje wielu dekoracji. My mieliśmy do czynienia z kopciuszkiem, który na pierwszy rzut oka nie zachwyca, ale tak naprawdę ma duży potencjał, który za pomocą umiejętnych dekoratorskich sztuczek i niemałego nakładu pracy może przemienić się w coś pięknego. Jak się domyślacie, odnalazłam się w takim wyzwaniu jak ryba w wodzie!
Rattan is the new black! Ale wiecie to już, prawda? I pewnie tak samo jak ja, niektóre zdjęcia z Pinteresta z rattanowymi kołyskami i krzesełkami w pokojach dziecięcych czy ławkami w salonach i na tarasach znacie już na pamięć? A OLX-owa aplikacja codziennie powiadamia o kolejnych nowych wynikach wyszukiwania pt. "rattan"? Tak, z pewnością jest tu nas takich wiele, co nie znaczy, że wszyscy na świecie muszą piszczeć z zachwytu na widok rattanu i letniej kolekcji Ikea Jassa. Dajmy na to, taki mąż...
Naprawdę nie potrzeba wiele. Nie trzeba za każdym razem dwoić się i troić, obkupywać się co roku w nowe dekoracje czy wymyślać fikuśnych pisanek. Wystarczy ulubiony obrus, kilka kropel swoich kolorów, znalezione na pchlich targach wazoniki i doniczki, a w roli dekoracji... po prostu wiosna! Rośliny na chwilę pożyczone z balkonu, kwiatki zerwane przy drodze lub w parku, gałązki z przyciętych krzewów (Gorąco polecam uśmiechnąć się do sąsiadów lub panów zajmujących się np. zielenią miejską. Możecie być miło zaskoczeni, kiedy np. wrócicie do domu z całym naręczem gałęzi przyciętych specjalnie dla Was :). Do tego obok pastelowych, wieloletnich już pisanek, jajka w wersji saute i akcenty dziecięce, których jako mama nie potrafię i nie chcę sobie nawet odmówić.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak spontanicznie chwyciłam za aparat i zrobiłam zdjęcia temu, co akurat miałam na stole. Bez planowania tego z wyprzedzeniem, bez nastawiania się, czekania na odpowiednią pogodę, ustawiania rzeczy i wielkiego sprzątania. Nie pamiętam też, kiedy ostatnio we wpisie miałam tak mało turkusu i mięty, o pastelach nie wspominając. I prawie żadnych elementów dziecięcych!




