W ciągu ostatnich czterech lat popełniłam dziesiątki przeróżnych girland. Nie wiem czy można to już nazywać bzikiem (jak w kultowej piosence z dzieciństwa) czy może mieści się to jeszcze w granicach normalności, ale wiem na pewno, że girlanda jeden z moich ulubionych elementów dekoracyjnych i chyba jeszcze długo mi się nie znudzi. Kiedy ostatnio pokazywałam Wam jak zrobić pompony z włóczki, zastanawiałam się ile z Was zgadnie, że jednym z pomysłów na ich wykorzystanie będzie właśnie girlanda. Dla mnie ten wybór było oczywisty!
Mam wrażenie, że mniej więcej od drugiego stycznia połowa blogów i trzy czwarte Instagrama żyje tylko tematem pt. "przywoływanie wiosny". O ile w styczniu czy jeszcze w trakcie ferii zimowych trochę się z tego śmiałam (no bo co jak co, ale z TAKIEJ zimy jak tegoroczna trzeba było korzystać na maksa zamiast myśleć o jej końcu), teraz traktuję sprawę poważnie i wpadam w szał wiosennych metamorfoz i dekorowania. A jak wiadomo, jednym z moich najlepszym sposobów na zaproszenie wiosny do mieszkania są... kolory.
Na ogół nie obchodzimy walentynek, a data 14. lutego kojarzy mi się bardziej z urodzinami mojej teściowej niż świętem zakochanych. Mam jednak bardzo miłe wspomnienia z tego dnia sprzed kilkunastu (i więcej) lat. I nie, wcale nie chodzi o jakieś tam walentynki w szkole (te wspomnienia są raczej żenujące), ale o walentynki... w domu.
Gdybym miała stworzyć swój osobisty ranking rzeczy-do-zajęcia-się podczas chorowania, szydełkowanie byłoby w czołówce. (*Mowa tu jednak o luksusie w postaci chorowania samej, podczas gdy dzieci i mąż są zdrowi i zajmują się sobą.) No bo tak: można sobie siedzieć w spokoju w łóżku, z ciepłą herbatą pod ręką i błogo nie myśleć o niczym tylko machać tym szydełkiem i liczyć słupki i półsłupki. I jeszcze na koniec chorowania ma się bonus w postaci, na ten przykład, nowej poduszki.




