Gdybym robiła Wigilię u siebie, miałabym nie lada problem. Nie myślę tu nawet o kwestii przygotowania tej tradycyjnej mnogości potraw, bo ogarnięcie tego to dla mnie nadal wielka zagadka (Babciu, jesteś wielka!). Przypuśćmy jednak, że jakimś magicznym sposobem wszystkie wigilijne dania byłyby zrobione, a mnie zostałby dylemat pod tytułem: jak nakryć stół? Banał, wiem. Ale dla zbzikowanej estetki jak ja, to sprawa dość dużej wagi, której nie mogłabym zostawić przypadkowi (W końcu dekorowanie przyjęć to mój konik). A gdy jeszcze mówimy o najbardziej uroczystej kolacji w roku...
Przyszła już moda na slow food, slow fashion i slow-coś-tam-jeszcze, a ja Wam mówię, że Adwent to idealny czas na slow business (a przede wszystkim na slow life).
Wszyscy będą mówić Wam odwrotnie: że szczyt sezonu zakupowego, że najwięcej klientów, że to głupota nie korzystać. Że można ten jeden miesiąc spiąć się i siedzieć po nocach, byle wyrobić normę za pół roku i wyciągnąć teraz ile się da z tego swojego biznesu.
Prawda? No prawda, ale...
Wszyscy będą mówić Wam odwrotnie: że szczyt sezonu zakupowego, że najwięcej klientów, że to głupota nie korzystać. Że można ten jeden miesiąc spiąć się i siedzieć po nocach, byle wyrobić normę za pół roku i wyciągnąć teraz ile się da z tego swojego biznesu.
Prawda? No prawda, ale...
Prawie, bo ten najprostszy zrobiłam trzy lata temu i podobał mi się tak bardzo w swej prostocie, że służył nam też podczas kolejnego Adwentu. W zeszłym roku były długie świece włożone do czterech różnych butelek z niebieskiego szkła, a teraz znowu wróciłam do tego pierwszego pomysłu. Wykorzystałam inne kubeczki, które na co dzień służą nam do picia (cóż, będziemy się musieli bez nich jakoś obyć te cztery tygodnie). A ponieważ duże świece wydawały się w nich trochę "gołe", dorobiłam im w bardzo prosty sposób cyferki z brzozowej kory.




