W tym połączeniu kolorystycznym zakochałam się od pierwszego wejrzenia, czyli w momencie kiedy tylko postawiłam w salonie drabinę z naszym tegorocznym kalendarzem adwentowym. Mięta doskonale odświeża opatrzone już czasem świąteczne czerwone akcenty. Choć mnie osobiście nie miały się jeszcze kiedy znudzić (czerwony gości u nas na Święta dopiero od trzech lat - w moim rodzinnym domu takich "kolorystycznych" tradycji nie było), chciałam w tym roku spróbować czegoś nieco innego. Nie było trudno, w końcu mięty u mnie pod dostatkiem! A jak ciekawie pozmieniały się przy tym poszczególne pomieszczenia... np. w pastelowej jadalni wystarczyło wymienić tylko jedno krzesło i zawiesić na półeczce inne kubki, żeby zyskać całkiem nowe miejsce. Zapraszam na spacer do naszym (ciągle!) świątecznie przystrojonym mieszkaniu...
PS. Wiem, że z publikacją tego posta w ogóle nie wstrzeliłam się w panujące w blogosferze "trendy", bo mam wrażenie, że wszyscy dookoła już porozbierali swoje choinki i zapomnieli o Świętach. Co tam, ja w każdym razie nie :) My ciągle świętujemy, a zaledwie kilka dni temu urządzaliśmy u nas coroczne kolędowanie (rok temu nawet co nieco tutaj pokazałam). Choinka też ma się dobrze i pewnie tradycyjnie jak co roku dotrwa aż do samego końca stycznia. Powiedzcie, bo ciekawa jestem, czy ktoś tutaj też tak jeszcze robi czy jestem już ostatnim dinozaurem? :)

































































