W ostatnim wpisie zapraszałam Was na przyjęcie mojego synka (link tutaj: Leśne urodziny 5-letniego odkrywcy), lecz czymże byłyby owe leśne urodziny bez... lasu? Dlatego też od początku wiedziałam, że jeśli tylko pogoda pozwoli (czyt. nie będzie lało jak z cebra), po torcie i kawie zabieramy wszystkich naszych gości w plener. Dla tych najmłodszych (choć w trakcie okazało się, że wiek jednak nie grał tu roli) przygotowaliśmy proste zadania, dzięki którym spacer na miejsce naszego pikniku przemienił się w prawdziwą wyprawę leśnych odkrywców. Jeśli szukacie inspiracji na urodziny dziecka lub pomysłów na to, jak bawić się w trakcie spacerów, ten post może ich Wam trochę podsunąć.
Wybaczcie jeśli się powtarzam, ale muszę tu zdementować pogłoski, że nasze życie to jedna impreza za drugą i codziennie beza na kolację. Faktycznie, sądząc po moich ostatnich wpisach tu i zdjęciach na Instagramie, trochę tak to wygląda. I prawdą jest, że począwszy od maja aż do października równo co miesiąc mamy jakąś dużą okazję do świętowania całą rodziną. Znacie mnie już trochę, więc wiecie, że każde takie spotkanie musi mieć u mnie odpowiednią oprawę i nie przepuszczam żadnej okazji do wyżycia się dekoratorsko. Nie jest już natomiast tak, jak jeszcze dwa lata temu, kiedy planowałam każde przyjęcie z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem (sic!). Ostatnimi czasy motywem przewodnim wszystkich naszych rodzinnych przyjęć jest... spontan.
Przedszkole to fajna sprawa. Wprawdzie mówię to teraz, a sama będąc małą Gu nie wytrzymałam w przedszkolu ani jednego pełnego roku. Ba, nawet dyplom ukończenia zerówki (której de facto nie ukończyłam) przysłali mi pocztą.
Mogę się mylić, ale wydaje się jednak, że te braki w edukacji jakoś nadrobiłam. A teraz z pewnością nadrabiam braki w przedszkolnych atrakcjach w postaci balów przebierańców. Przedszkolez perspektywy rodzica z perspektywy mamy lubiącej DIY jest fajne, bo mobilizuje do twórczego działania, na które normalnie nie ma czasu / chęci / pomysłu. No bo pewnie nie przyszłoby mi do głowy ot tak, żeby uszyć Kubie strój smoka, gdyby nie bal karnawałowy, na który miał przyjść przebrany za postać z bajki. Na marginesie dodam, że była to nie lada zagwozdka, bo nasz Kuba praktycznie nie ogląda bajek. Ale, że akurat wtedy na tapecie mieliśmy stare dobre "Porwanie Baltazara Gąbki" (Pamiętacie? To jedna z moich naj-najulubieńszych bajek z dzieciństwa), wybór smoka wawelskiego był oczywisty!
Mogę się mylić, ale wydaje się jednak, że te braki w edukacji jakoś nadrobiłam. A teraz z pewnością nadrabiam braki w przedszkolnych atrakcjach w postaci balów przebierańców. Przedszkole
Swetrowe zwierzaki, wiszące deszczowe chmurki i szydełkowe latawce czyli Gu (intensywnie) tworzy
20:30
Trochę nie dociera do mnie, że robię to już cztery lata. Jakby się nad tym zastanowić, to na podstawie rzeczy, które tworzę można by zaobserwować zmiany w moim życiu. Na początku były naszyjniki, bo sama dużo ich wtedy nosiłam. Ciągle mam drewnianą skrzyneczkę pełną zamków błyskawicznych, które zwijałam i sklejałam w moje "pancerniki". Kto wie, może jeszcze kiedyś do tego wrócę?
Pierwszego swetrowego kota pamiętam doskonale. Okoliczności jego powstania też. To był koniec lipca, dokładnie jakoś tuż przed dwudziestym siódmym, bo kot miał być prezentem imieninowym dla mojej siostry Natalii. Ja - jakieś dwa tygodnie przed planowanym porodem Kuby - zasiadłam do starego Łucznika podarowanego mi przez mamę, a mąż w towarzystwie siostry i szwagra pojechał kupić samochód. Kiedy wyjeżdżali, zaczynałam robić szkic kota na jakiejś starej gazecie. Kiedy wrócili, kot był już gotowy. (Z narodzinami Kuby nie było tak szybko. Ale za to dzięki jego opieszałości w wychodzeniu na ten świat, trasę do szpitala ze wszystkimi zakrętami, dziurami i koleinami poznaliśmy na pamięć, a mąż dość dobrze zapoznał się z możliwościami naszego nowego auta.)
Pierwszego swetrowego kota pamiętam doskonale. Okoliczności jego powstania też. To był koniec lipca, dokładnie jakoś tuż przed dwudziestym siódmym, bo kot miał być prezentem imieninowym dla mojej siostry Natalii. Ja - jakieś dwa tygodnie przed planowanym porodem Kuby - zasiadłam do starego Łucznika podarowanego mi przez mamę, a mąż w towarzystwie siostry i szwagra pojechał kupić samochód. Kiedy wyjeżdżali, zaczynałam robić szkic kota na jakiejś starej gazecie. Kiedy wrócili, kot był już gotowy. (Z narodzinami Kuby nie było tak szybko. Ale za to dzięki jego opieszałości w wychodzeniu na ten świat, trasę do szpitala ze wszystkimi zakrętami, dziurami i koleinami poznaliśmy na pamięć, a mąż dość dobrze zapoznał się z możliwościami naszego nowego auta.)
Jesień była zawsze najmniej lubianą przeze mnie porą roku. Uwielbiam wiosnę, lato też darzę ciepłym uczuciem, śnieżną zimę kocham od dziecka, a jesień? Zawsze jakoś nie po drodze mi z nią było. Myślę, że rozumiecie w czym rzecz - domyślam się, że większości z Was deszczowe i ciemne dni też nieraz dają w kość. Żeby nie było - kasztany i kolorowe liście uwielbiam i zbieram zawsze! Zawsze! Jestem prawie pewna, że w tym roku pobiłam swój życiowy rekord zebranych kasztanów. Ma się w końcu te cztery dodatkowe rączki do pomocy, no nie?
- Mamusiu, a dla kogo robisz tą karuzelę?
- Dla takich malutkich dzieci, które nie mają rodziców.
- A. A jak będą miały taką karuzelę to już nie będzie im smutno?
To ostatnie pytanie i kolejne po nim Kubuś zadawał już nieco łamiącym się głosem, a ja, daję słowo, miałam łzy w oczach opowiadając o takich sprawach mojemu wrażliwemu czterolatkowi. Teraz też mam, kiedy tylko pomyślę o tych maluchach, które trafią do TULI LULI Fundacji Gajusz. Dwudziestka porzuconych dzieci, w wieku od 3 dni (!) do roku będzie czekała w sześciu pokoikach tego ośrodka preadopcyjnego na swoich rodziców, na miłość, na normalne życie.
Pewnego zimowego wieczoru mój 3,5-letni wtedy syn jako książkę do czytania na dobranoc wybrał sobie jeden z moich albumów wnętrzarskich. Syn swojej matki, doprawdy. Album był o pokojach dziecięcych, więc Kuba przewracał kartki zachwycony zabawkami na zdjęciach ("Mamo, ale pamiętaj i kup mi taki wóz strażacki. A taki drugi dla Franka. Będziesz pamiętać?"), wyszukiwał na fotografiach "nasze" książki dla dzieci i pokazywał rzeczy, które najbardziej mu się podobały. Wśród elementów, które przyciągały jego wzrok powtarzały się najczęściej trzy rzeczy: globusy, gitary i konie na kiju. Kuba nie musiał długo prosić, a nawet prosić w ogóle, bo momentalnie w głowie pojawiła mi się myśl, żeby zrobić takiego konika dla niego. Poczułam się najprawdziwiej zainspirowana przez własne dziecko i z przekonaniem, że właśnie spełniam jakieś jego małe marzenie, zabrałam się do dzieła.
Dosłownie na chwilę dam Wam odpocząć od tematu latawców, który wałkuję od początku przygotowań do przyjęcia urodzinowo-imieninowego moich chłopców. Nie odejdziemy (a raczej nie odlecimy) daleko, ciągle zostajemy w powietrzu i zmieniamy tylko środek transportu. Nie wiem dlaczego tak trzymają się mnie te podniebne motywy... może za bardzo chodzę z głową w chmurach? Chodźcie, pobujamy razem w obłokach!
Plan jest taki, że za kilka lat nie będę już musiała zarywać nocy przygotowując imprezy urodzinowe dla moich dzieci, bo one będą je przygotowywały same. Cwane, nie? No może prawie same, bo zbyt dobrze bawiliśmy się podczas tych wspólnych przygotowań, żebym chciała kiedykolwiek z tego zrezygnować.
Mój młodszy synek lada moment skończy rok. Naprawdę ciężko mi to sobie uświadomić, bo cały czas mam wrażenie, jakby tyle co był maj. To był gorący miesiąc i nie mówię tu tylko o tym, że rok temu pierwszego maja, w dzień przewidywanego porodu, jechałam na ktg do szpitala w sandałach...
Wam też może się wydawać, że Franek tyle co się urodził. W sumie na zdjęciach trochę tak to wygląda – ostatni raz kiedy pokazywałam tutaj w całości pokój moich synków, stała tam jeszcze kołyska. Prawdą jest, że kiedy mój Mąż ją szlifował i malował, odgrażał się w żartach, że po takim nakładzie pracy, jaką w nią włożył, będzie musiała posłużyć Franiowi przynajmniej pół roku. I tak zaiste było. Nie dziwcie się więc, że nie porwaliśmy się na pomysł przemalowania również łóżeczka. Wizja szlifowania każdego jednego szczebelka skutecznie gasiła wszelkie moje zapędy dotyczące pomalowania łóżeczka na jakiś oryginalny kolor. Już myślałam, że skończy się na klasycznej bieli, ale znalazłam TO łóżeczko...
Ciekawy kolor – jest!
Możliwość wyciągnięcia jednego boku na stałe – jest!
Dodatkowe miejsce do przechowywania – jest! (*akurat to zobaczycie dopiero następnym razem)
I tak miejsce zbyt małej już białej kołyski w pokoju chłopców zajęło łóżeczko moKee, które zaspokoiło jednocześnie moje estetyczne potrzeby czegoś nowego i innego oraz odpowiedziało na kwestie związane z funkcjonalnością. Jeśli chodzi o kolor – przyznam, że długo rozmyślałam nad miętowym odcieniem Dusty Aqua, ale w końcu po zamówieniu darmowych próbek zdecydowałam się na ciekawy szaro-turkusowy odcień Stone Teal. To był strzał w dziesiątkę, bo ten kolor zdecydowanie nadaje "pazura" pokojowi moich chłopców. Mięta też jest piękna (wiem, bo widziałam na żywo u Lu), ale u nas byłoby już chyba zbyt pastelowo (przynajmniej póki mam samych synów ;). Zdecydowanie muszę pochwalić markę za duży wybór kolorów łóżeczek, bo pod tym względem mają nikłą konkurencję (a jeśli mają, to ze zdecydowanie wyższej półki cenowej). Wiecie, że lubię przemalowywać różne meble (zwłaszcza krzesła), ale czasem po prostu dobrze mieć alternatywę dla szlifowania i machania pędzlem.
Rozglądając się za łóżeczkiem zwracałam też uwagę na to, żeby miało jeden wyjmowany bok (lub kilka szczebli), dzięki czemu starsze już dziecko może samo do niego wchodzić. Łóżeczko, w którym spał nasz starszy synek nie miało takiej opcji i trochę nam tego brakowało.
Jeśli chodzi natomiast o kwestię dodatkowego miejsca do przechowywania... musicie poczekać do następnego posta z nowymi zdjęciami z pokoju chłopców. Zobaczycie tam wtedy aktualny układ w ich pokoju i to, jak łóżeczko prezentuje się z szufladą. Tymczasem zapraszam na przegląd nieco archiwalnych już zdjęć z łóżeczkiem w roli głównej. To, że zmieściło się tu i łóżeczko, i przewijak, i jeszcze zostało miejsce do zabawy, całkiem dobrze świadczy o możliwościach tego pokoju (ok. 10 m2), prawda? (Dla porównania, tak pokój wyglądał jeszcze z kołyską.)
Wam też może się wydawać, że Franek tyle co się urodził. W sumie na zdjęciach trochę tak to wygląda – ostatni raz kiedy pokazywałam tutaj w całości pokój moich synków, stała tam jeszcze kołyska. Prawdą jest, że kiedy mój Mąż ją szlifował i malował, odgrażał się w żartach, że po takim nakładzie pracy, jaką w nią włożył, będzie musiała posłużyć Franiowi przynajmniej pół roku. I tak zaiste było. Nie dziwcie się więc, że nie porwaliśmy się na pomysł przemalowania również łóżeczka. Wizja szlifowania każdego jednego szczebelka skutecznie gasiła wszelkie moje zapędy dotyczące pomalowania łóżeczka na jakiś oryginalny kolor. Już myślałam, że skończy się na klasycznej bieli, ale znalazłam TO łóżeczko...
Ciekawy kolor – jest!
Możliwość wyciągnięcia jednego boku na stałe – jest!
Dodatkowe miejsce do przechowywania – jest! (*akurat to zobaczycie dopiero następnym razem)
I tak miejsce zbyt małej już białej kołyski w pokoju chłopców zajęło łóżeczko moKee, które zaspokoiło jednocześnie moje estetyczne potrzeby czegoś nowego i innego oraz odpowiedziało na kwestie związane z funkcjonalnością. Jeśli chodzi o kolor – przyznam, że długo rozmyślałam nad miętowym odcieniem Dusty Aqua, ale w końcu po zamówieniu darmowych próbek zdecydowałam się na ciekawy szaro-turkusowy odcień Stone Teal. To był strzał w dziesiątkę, bo ten kolor zdecydowanie nadaje "pazura" pokojowi moich chłopców. Mięta też jest piękna (wiem, bo widziałam na żywo u Lu), ale u nas byłoby już chyba zbyt pastelowo (przynajmniej póki mam samych synów ;). Zdecydowanie muszę pochwalić markę za duży wybór kolorów łóżeczek, bo pod tym względem mają nikłą konkurencję (a jeśli mają, to ze zdecydowanie wyższej półki cenowej). Wiecie, że lubię przemalowywać różne meble (zwłaszcza krzesła), ale czasem po prostu dobrze mieć alternatywę dla szlifowania i machania pędzlem.
Rozglądając się za łóżeczkiem zwracałam też uwagę na to, żeby miało jeden wyjmowany bok (lub kilka szczebli), dzięki czemu starsze już dziecko może samo do niego wchodzić. Łóżeczko, w którym spał nasz starszy synek nie miało takiej opcji i trochę nam tego brakowało.
Jeśli chodzi natomiast o kwestię dodatkowego miejsca do przechowywania... musicie poczekać do następnego posta z nowymi zdjęciami z pokoju chłopców. Zobaczycie tam wtedy aktualny układ w ich pokoju i to, jak łóżeczko prezentuje się z szufladą. Tymczasem zapraszam na przegląd nieco archiwalnych już zdjęć z łóżeczkiem w roli głównej. To, że zmieściło się tu i łóżeczko, i przewijak, i jeszcze zostało miejsce do zabawy, całkiem dobrze świadczy o możliwościach tego pokoju (ok. 10 m2), prawda? (Dla porównania, tak pokój wyglądał jeszcze z kołyską.)
Łóżeczko – moKee Stone Teal
Szydełkowy kocyk, dywanik, poduszka chmurka i lis – Gu
Poduszka z lwem – Cytryna design
Słoń na kółkach – Sebra
Słoń na kółkach – Sebra






















